Jedną z głównych bolączek Zachodu są niewidziane od czasów
Wielkiej Depresji nierówności społeczne. Narosłe stopniowo od końca dekady lat siedemdziesiątych,
zwiastowały zbliżający się globalny kryzys finansowego 2008 roku, a obecnie w
pokryzysowej recesji przyczyniają się do narastającego bólu zachodnich społeczeństw.
Jest to jaskrawo widoczne w centrum kapitalizmu, Stanach Zjednoczonych, ale kraje
Unii Europejskiej również są tą dolegliwością dotknięte. Pośród jej przyczyn
wymienia się, poza niekontrolowanymi procesami globalizacji, upadek demokracji zachodniej
i zastąpienie jej dyktaturą bogaczy. Tych ostatnich reprezentują bankierzy na
Wall Street, dzięki którym coraz większa część dochodu narodowego trafia do kieszeni
zamożnych. Mimo pokryzysowych reform, wpływowi bankierzy rządzą Ameryką i, do
pewnego stopnia, resztą świata. Korzenie tego stanu rzeczy leżą w zniekształcających
rzeczywistość ideologicznych uproszczeniach.
Od końca
dekady lat siedemdziesiątych olbrzymi postęp technologii w krajach zachodnich umożliwił
przemysłowi osiągać coraz więcej przy użyciu coraz mniejszej ilości zasobów
ludzkich i ułatwił dostęp do tańszej siły roboczej w biedniejszych rejonach świata.
To jednych pozbawiło ich miejsc pracy, a innym obniżyło średnie dochody i
osłabiło socjalną sieć bezpieczeństwa. Jednocześnie banki udzielały coraz więcej
pożyczek dla tych, których nie było na nie stać i tych, którzy nie rozumieli złożonych
struktur przyznawanych kredytów. Bankierzy ukrywali wysokie ryzyko tych wątpliwych
i często nieuczciwych pożyczek przez ich agregację w skomplikowanych produktach
finansowych, które z atrakcyjnym zyskiem sprzedawali inwestorom jako legitymowane i lukratywne obiekty lokaty kapitału.
Agencje rządowe,
które miały kontrolować finansjerę i ochraniać społeczeństwo od jej nadużyć, patrzyły
na to przez palce albo bezsilnie. To pomogło zgalwanizować zachłanność
nielicznej grupy bogatych w bezmyślną, niszczącą siłę, która doprowadziła do
krachu we wrześniu 2008 roku, kiedy zamaskowane ryzyko kredytów bankowych eksplodowało
paniką wśród inwestorów. W popłochu wycofali swoje pieniądze, pozostawiając globalny
system finansowy, jak pozbawione krwi ciało, na krawędzi śmierci. Ogromne rządowe
zastrzyki gotówki, na koszt płacących podatki, ocuciły banki, ale niewiele pomogły
innym milionom poszkodowanym, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, pozbawiając
ich zainwestowanych pieniędzy, pracy, domów i zabezpieczenia socjalnego. Recesję,
która w rezultacie ogarnęła zachodnie ekonomie, porównuje się, co do rozmiaru i
powagi, do Wielkiej Depresji po krachu 1929 roku.
Nikt przy
zdrowym umyśle i z odrobiną wiedzy o globalnej ekonomii i finansach nie zaprzecza
tej generalnej diagnozie przyczyn kryzysu i obecnej recesji. Debacie podlega jedynie
podział winy, rozłożonej na bezwiedne mechanizmy globalizacji i bardziej złowróżbne
machinacje, których sprawców można zidentyfikować, aczkolwiek przytłaczającą
ich większość chroniłoby prawo, uznając, że nie zrobili niczego nielegalnego. Rozbieżność
zdań istnieje również, co do środków zaradczych, by obecną sytuację uzdrowić. Rozpiętość
tych poglądów można zilustrować kontrastem między stanowiskiem reprezentowanym
przez konserwatywnych zwolenników liberalnej globalizacji i postępowych krytyków
nieskrepowanego kapitalizmu.
Stronnicy
globalizacji, jaką ją znamy od prawie czterech dekad, twierdzą, że recesję można
zwalczyć przez zwiększenie wolności od regulacji i podatków dla korporacji i inwestorów,
którzy dzięki tym ulgom stworzą nowe miejsca pracy. Krytycy utrzymują, że przeczą
temu fakty: bogaci, owszem, tworzą nowe miejsca pracy, ale tam gdzie jest tanio
– to jest głównie w Azji. Przypominają też, że więcej pieniędzy w rękach licznej średniej
klasy, raczej niż nielicznej bogatej, jest w stanie zwiększyć zatrudnienie i ruszyć
ekonomię z recesyjnego zastoju. Uważają również, że zminimalizowana kontrola banków,
której domagają się konserwatyści, może tylko przyśpieszyć następny krach.
Konserwatywni
zwolennicy kapitalistycznego nieskrepowania wskazują na budżetowy deficyt i dług
publiczny, jako niepospolite zło i domagają się ich redukcji przez ucięcie
socjalnych wydatków rządu, takich jak na opiekę społeczną, lekarską i szkolnictwo.
Zwolennicy kontrolowanego kapitalizmu natomiast przyznają, że znaczny deficyt i
dług publiczny są niepożądane, ale jeśli mądrze wykorzystane jako inwestycja w
infrastrukturę, młode i przyszłe pokolenia, taka inwestycja w stabilny rozwój
społeczny odpłaci się z nawiązką. Niezależne od opinii obu stron, fakty mówią, że
dług publiczny krajów zachodnich rośnie, a reforma finansjery postępuje
mozolnie, albo wcale, co jest wymownym świadectwem, że w antyrecesyjnych wysiłkach
wykorzystuje się mieszaninę środków sugerowanych przez jeden i drugi obóz.
Na
pierwszy rzut oka trudno się oprzeć wrażeniu słuszności argumentów konserwatystów.
Po co dbać o bezrobotnych obiboków? Sami są przecież sobie winni. W demokratycznym,
kapitalistycznym systemie mieli takie same szanse, jak każdy inny, by osiągnąć
sukces ciężką pracą i przedsiębiorczością. Dlaczego ci, którzy zadali sobie
trud i teraz cieszą się swoim dobrze zasłużonym dobrobytem, mieliby się nim
dzielić? Wystarczy, że dzięki ich pracowitości i zaradności tworzą się nowe
miejsca pracy. Dlaczego pętać ich nowymi krępującymi ustawami, regulacjami i
wysokimi podatkami? W tym samym celu ulżenia przedsiębiorczym jednostkom i uwolnieniu
ich pełnego potencjału przydałoby się również zredukować liczbę pracowników rządowych.
Mało tego, że idą na nich podatki pracowitych i roztropnych, to jeszcze administrują
kosztowne programy rządowe i egzekwują krępujące bogatych ustawy i regulacje.
Ten tor
myślenia zwolenników kapitalistycznej swobody zniewala swoją zwodniczą prostotą,
jak fałszywe mądrości, które mówią, na przykład, że koty są zdradliwe i fałszywe,
kobiety – niezdecydowane i emocjonalne, muzułmanie to terroryści, a Żydzi konspirują,
by zapanować nad światem. Te i inne przykłady uproszczonego, wypaczonego
rozumowania zniekształcają rzeczywistość i sieją spustoszenie najpierw w
ludzkich umysłach, a potem w otaczającej, materialnej rzeczywistości. Ich nieomylne
znaki da się dostrzec w konserwatywnych argumentach, co do sposobów wyjścia z
recesji. Jednym z bardziej fundamentalnych ideologicznych deformacji regresyjnej
retoryki jest zakorzenione w amerykańskiej świadomości stanowisko filozoficzne,
znane jako socjalny darwinizm.
Zrodził się
on pod koniec dziewiętnastego wieku w trakcie batalii o darwinowską teorię po śmierci
jej autora, Charlesa Darwina. Po jednej stronie zmagań stali ci, którzy uważali
za Darwinem, że, poza doborem naturalnym, ewolucją kierują także inne
mechanizmy, jak dobór seksualny czy współpraca między organizmami. Inni
obstawali przy prostocie argumentu, że dobór naturalny jest jedynym popychającym
ewolucję silnikiem. Ich zadanie ułatwił sam Darwin, który, skupiając się na
doborze naturalnym, jako głównym motorze ewolucji, niedostatecznie uzasadnił i wyłuszczył
działanie innych mechanizmów w swojej pracy – „O powstaniu gatunków”. Ten
uproszczony pogląd utrwalił się pod mianem neodarwinizmu, który ostatecznie zatriumfował
pośród rywalizujących wersji darwinowskiej teorii w pierwszych dekadach
dwudziestego wieku. Na długo jednak przed ostatecznym triumfem, w trakcie długoletnich
zmagań ideologicznych, rozprzestrzenił się on jako jedynie słuszna, dominująca
interpretacja teorii ewolucji. Spłycił
on i wypaczył oryginalne myśli jej twórcy, z efektami czego borykamy się do
dzisiaj, tak w nauce, jak i w życiu społecznym.
Tę
uproszczoną wersję darwinizmu zaszczepił na amerykański grunt, pod postacią
socjalnego darwinizmu, konserwatywny teoretyk, William Graham Sumner, na
początku dwudziestego wieku. Nie oparli się jego złudnemu urokowi konserwatywni
politycy i decydenci, włącznie z Herbertem Hooverem, pod którego prezydenturą doszło
do krachu 1929 roku i Wielkiej Depresji. Dla bankierów i polityków socjalny
darwinizm stał się wygodnym, pozornie przez naukę popartym poglądem, utwierdzających
ich w przekonaniu, że pogrążone w recesji społeczeństwo należy pozostawić samemu
sobie. W walce o przetrwanie, wygrają najsprytniejsi, najzaradniejsi i
najlepiej przystosowani to warunków, w których żyją, co jest zgodne z prawami
nauki, a więc i z prawami boskimi. Subtelna zdradliwość zniekształcenia zawartego
w neodarwinizmie polega, między innymi, na jego zdolności przenikania przez różne
sfery życia społecznego pod postacią pozornie naukowej i odzwierciedlającej naturalne
prawa maksymy. To właśnie dzięki tej zdolności, ideologia neodarwinizmu, propagowanego
w życiu politycznym jako socjalny darwinizm, przesiąkła z wyższych do niższych
sfer, pozostawiając trwały ślad w psychice amerykańskiego społeczeństwa.
Gdyby pod
mianem socjalnego darwinizmu, hipotetycznie, propagowano darwinizm, o jakim myślał
sam Darwin, raczej niż neodarwinizm, Amerykanie usłyszeliby, że jest coś
jeszcze poza doborem naturalnym i okrutną walką o przetrwanie. Zrozumieliby, że
społecznościami organizmów biologicznych sterują też inne mechanizmy, między
innymi odruch charytatywny, bez którego nie mogłyby istnieć organizmy żyjące w
koloniach, jak pszczoły, mrówki czy ludzi. Zamiast tego jednak społeczeństwo amerykańskie
w latach Wielkiej Depresji usłyszało, że swoim bolączkom winne jest samo przez
brak zwierzęcego instynktu i inspirowanej nim przedsiębiorczości. Za sprawą tej
ideologii Amerykanie z większym stoicyzmem zaakceptowali trudności ekonomiczne Wielkiej
Depresji i powstrzymali się nie tylko od rewolty przeciwko systemowi, ale i od wyciągnięcia
należytych wniosków na przyszłość. Dzięki tej złudnej filozofii,
popularyzowanej w dekadach poprzedzających kryzys 1929 roku, przymknęli również
oczy na finansowe wynaturzenia, które do krachu doprowadziły.
Ta uwodzicielska
filozofia utrwaliła się w amerykańskiej mentalności i odegrała destruktywną rolę
niespełna wiek później w latach poprzedzających kryzys 2008 roku. Podobnie jak
za pierwszym razem, Amerykanie okazali się ciągle skłonni słuchać wstecznych
ideologów, wmawiających im, że sami zgotowali swój los. Przyjęli dobrowolnie, że
brutalna walka o przetrwanie, to część przez Boga ustalonego porządku i że wynaturzeniem
jest przytępienie krwiożerczych instynktów dla zadbania o społeczność, w której
żyją. Zasłuchani w skostniałą retorykę, nie są w stanie zauważyć, że prawdziwe
wynaturzenie, to socjalny darwinizm. Zgodnie z teorią ewolucji, o jakiej myślał
jej twórca, dobór naturalny i walka o przetrwanie to tylko część naturalnego
planu ewolucji. Inną jego częścią jest nakłaniający do samozaparcia odruch społeczny,
znany wszystkim organizmom żyjącym w społecznościach, włącznie z ludźmi.
Poza
neodarwinizmem, podobnych zniekształcających uproszczeń, pod kamuflażem
rzetelnej wiedzy, przydarzyło się w ostatnim wieku więcej i ich destruktywne
plony zbierane są tak w Ameryce jak i poza nią. Jednym z największych jest
wpojone przeświadczenie, że prawa natury są zgodne z mechanicznymi, regularnymi
równaniami matematyki. Dzieje się tak zgodnie z ogólnie przyjętą filozofią, która
mówi, że ideologiczny fundament matematyki leży w świecie idealnych form
Platona – tego samego, którego idealistyczne poglądy zostały użyte od budowy dogmatów
religii chrześcijańskiej. Dogmatycznie utożsamia się domenę matematyki z platońskim
światem idealnych form, a skoro nie pogardził nim Bóg, więc i matematyka musi być,
jak On, idealna i słuszna.
Taki
uproszczony sposób myślenia i naukowego dochodzenia zaproponował, i jako
pierwszy zastosował w naukowych dochodzeniach, Izaak Newton, w którego idee od końca
dziewiętnastego wieku nauka nie ośmiela się wątpić. Ten sposób rozumowania, który
można określić jako mistyczny, i który jak najbardziej przystoi religii, jest
nieodpowiedni w obiektywnym, świeckim poznaniu świata. Mimo to, dzięki obecnej
metodzie naukowej wytwory matematyków, włącznie z najbardziej abstrakcyjnymi hipotezami,
proponuje się jako koniecznie słuszne, choć większość używanych w nich elementów
wyższej matematyki, jak liczby urojone, złożone, wektory i tensory, mają niewiele
wspólnego z otaczającą rzeczywistością. Te i inne abstrakcyjne twory wymyślono
i zaakceptowano wbrew przyczynowo-skutkowej logice, na której każdy człowiek
polega w codziennym życiu.
Zgodnie z
tym sposobem praktykowania nauki, zawierającym jako sedno absolutne zaufanie
matematyce, upraszcza się procesy przyrody tak, by pasowały do matematycznych formuł
i twierdzeń. Rzeczywiste procesy przyrody są jednak spontaniczne i złożone i
nie podlegają mechanicznym regułom. Bliższe prawdy jest inne stwierdzenie: że
matematyczna regularność jest w stanie nieudolnie imitować niektóre zjawiska
natury, na przykład ruchy planet Układu Słonecznego. W żaden sposób jednak nie
da się wiarygodnie opisać mechanicznymi wzorami wielu innych, jak na przykład tych związanych z procesami biologicznymi, geologicznymi, klimatycznymi,
socjalnymi czy ekonomicznymi. Gdyby było inaczej, gdyby te procesy przebiegały
zgodnie z matematyczną regularnością, dałoby się przewidzieć krachy finansowe 1929
i 2008 roku i uchronić od nich ludzkość. Można byłoby wyliczyć dokładne daty zbliżających
się erupcji wulkanicznych, trzęsień Ziemi, cyklonów, wojen i rewolucji, i w
czas zastosować środki zaradcze.
Zniekształcające
uproszczanie procesów natury i przedstawienie ich, jako posłuszne mechanicznej
regularności matematyki, zaowocowało egzotycznymi teoriami fizyki, włącznie z
teoriami względności Einsteina, teorią Wielkiego Wybuchu i hipotezami czarnych
dziur, ciemnej materii, ciemnej energii i antymaterii. Akceptuje się je niezależnie od tego jak fantastycznie brzmią i jak bardzo zderzają się z tym, co postrzegamy i interpretujemy
naszą ludzką, przyczynową-skutkowo logiką. Nikt, na przykład, nie zobaczył (i
nie zobaczy) antymaterii, o której istnieniu przekonuje fizyka teoretyczna na
podstawie matematycznego twierdzenia z 1928 roku. To, co zaobserwowano doświadczalnie,
to tylko fenomen, który jest dogmatycznie, acz bez zadawalających podstaw,
przyjęty jako nieomylny wskaźnik tej nadprzyrodzonej formy materii.
Innym przykładem
naukowych uproszczeń, które prowadzą do wypaczonego poznania, jest Projekt
Poznania Ludzkiego Genomu. Jest to również przykład pierwszego znacznego zderzenia
dedukcyjnej, matematycznej metody naukowej z rzeczywistością i, być może,
pierwszy znaczący wyłom w nieprzenikalnym murze społecznie akceptowanych skrótów
i spłaszczeń myślowych. Ambitni praktykanci teoretycznych gałęzi biologii mieli
nadzieję, że Projekt Poznania Ludzkiego Genomu to końcowy odcinek drogi do ostatecznego
poznania mechanizmów ludzkiego ciała, psychiki, a nawet i duszy. Wielu nie miało
wątpliwości, że poznanie ludzkiego genomu otworzy drzwi do niewyobrażalnych możliwości,
włącznie z przywłaszczeniem sobie boskich mocy tworzenia życia z elementarnych
składników chemicznych. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna. Poza
praktycznymi korzyściami, jak rzucenie światła na mało znane aspekty ludzkiego
genomu i możność porównania go z genomami zwierząt i roślin, naukowcy dostrzegli
ogrom swojej niewiedzy, którą poprzednio maskowała filozofia atrakcyjnych
spłyceń i deformacji.
Zamiast
oczekiwanej realizacji marzeń teoretyków ewolucji i genetyki, że ostateczna
granica poznania w biologii zostanie osiągnięta, Projekt Poznania Ludzkiego
Genomu stał się przyczyną wstrząsu w tym obszarze wiedzy. Poprzednie założenie,
że życie będzie zrozumiane po poznaniu kompletnego zapisu łańcucha DNA i
zawartych w nich genów ustępuje rosnącemu przeświadczeniu o ziejącej pustce zrozumienia
między sekwencją genomu i procesami biologicznymi w żywym organizmie. Okazało
się, między innymi, że wielkość genomów i liczba zawartych w nich genów nie
korespondują proporcjonalnie do ewolucyjnego rozwoju i złożoności organizmów,
których oczekiwał neodarwinowski model. DNA okazało się odpowiedzialne za
znacznie więcej procesów i funkcji niż dostarczanie receptur do produkcji
białek. Różnorodne epigenetyczne modyfikacje DNA, dzięki którym geny są
regulowane bez zmiany chemicznej struktury DNA, okazały się mieć znaczenie
równorzędne ze strukturalnymi zmianami w samych genach.
Być może badaczom
związanych z Projektem Poznania Ludzkiego Genomu, przedmiot badań których jest bliski
obszarowi darwinowskiej ewolucji i socjalnego darwinizmu, przyszło stać się
pionierami w naprawie obecnego zdeformowanego stanu rzeczy, tak w naukowym jak
i społecznym sensie. Jednym z kroków na tej drodze byłoby przywrócenie
akceptacji, że procesy przyrody i cywilizacji są złożone i wcale nie muszą przebiegać
w zgodności z matematyczną, mechaniczną regularnością. Innym mogłoby być
zaadoptowanie pełnej, niezdeformowanej wersji ewolucji Darwina, co
zaowocowałoby, między innymi, rewizją zwodniczej ideologii socjalnego
darwinizmu. To, z kolei, mogłoby pomóc zwykłym ludziom zrozumieć, że naturalny
im jest nie tylko krwiożerczy instynkt przetrwania, ale też i altruistyczny impuls
troski o innych w interesie swoim i przyszłych pokoleń.
© Robert Panasiewicz 2014